herbaty... widzicie!
Stefan Żeromski pomniki ze złoconymi napisami, złamane kolumny z granitu i białe anioły ze sczerniałymi twarzami i wygniłymi oczyma. Tam leżą panowie. W samym środku grób rodzinny Wielosławskich, ogromny,
go ani na chwilę. Woda stawu i sadzawek, rozciągnionych jedna za drugą coraz dalej w ciemną głąb nocy, słabo w grubym mroku polśniewała. Baryka nie opuścił drożyny, którą kroczył - i trafił dzięki
Cytat
Karolina. - Takie imię dobrze się mówi... - wsunął uwagę wujcio Michaś. - Czaruś - i kwita! - zdecydował ksiądz połykając od jednego zamachu zacny kieliszek przezacnej "staruszki". Był to średniego
czarną szatą świadczyło o życiu. Krzysztof wsunął dłoń między połowy okienne i odrzucił zamknięcie tak cicho, że nie wywołał najlżejszego szelestu. Roztworzył połowice okienne. Ujrzał teraz w całej
Cytat
samemu pięknością przyświecał w tym zaciszu. Wynurzał się z mokrych traw i zatapiał w duszy człowieka cudnej siły niezwalczony urok. Rafał złamał kruchą łodygę, przycisnął do warg subtelny kielich i
sprobował go odrobinę. Smakował, delektował się, wreszcie mruknął: - Sok - klasa! Ha, nie ma co! To przecie nie sok Karolinie zaszkodził. To coś innego. Nieprawdaż, wujaszku? - Tak, to coś innego...